Witam Was Kochani! Oto
ostatnia część z pewnego cyklu. Rozpocząłem moje opowiadanie o ulotnych,pięknych chwilach od poranka. Potem opowiedziałem o podroży i w ogóle spędzonym dniu, a teraz w tej trzeciej i ostatniej części opowiem o mojej fascynacji
spędzania wieczornego czasu letniego... patrząc się w niebo i gwiazdy.
Serdecznie zapraszam, dziękuję za czytanie i komentarze! Być może w przyszłości
ukażą się podobne cykle historii.
Wakacyjna
noc ma te swoją szczególną moc, że z pozoru, gdy życie zamiera, a wszystko
zmierza ku snom, zamykanym drzwiom, to jednak coś nadal żyje. Grają
nastrojowo świerszcze, wprowadzając
romantyczny nastrój. Wspomniane gwiazdy
sypią się na niebie, póki burza nie przyjdzie i nie doda charakteru wszystkim
przeżyciom i doświadczeniom całego dnia. Jednak spoglądam na gwiazdy, jedna
po drugiej, jednak słucham melodii natury nocnej. Patrzę na oświetlone puste
ulice. Czasem przejedzie jakieś auto – wyjątek potwierdza regułę. I mini stołówka.
Świeżo zerwana i przyniesiona mięta z ogródka. Zaparzona jak zwykle w moim
ulubionym naczyniu – pachnie, na ile może, nie aromatem jak z perfumerii, tylko
liśćmi wyrośniętymi z prawdziwie zwykłej gleby i wody, którą się w nią sączyła.
Smakuje delikatnie, bo ja bez cukru piję. Słodyczy doda czekolada. Nie wiem,
jaka byłaby to. Może mleczna albo jednak z nadzieniem? Tylko jakim?
Truskawkowym? Nie.. a może truskawki będę jadł, mając je świeże? Lub inne owoce?
A w środku czekolady będzie po prostu śmietankowa pianka.
